
O mnie |
Co nowego |
Najbliższy koncert |
Publikacje|
Koncerty |
Słuchacze mówią |
Co wynika z myślenia|
Msza za Srebrenicę |
Archiwum |
Napisz do mnie |
W pół wieku po wyzwoleniu Oświęcimia, w wolnej, sytej Europie, wydarzyła się tragedia Srebrenicy. Srebrenica przypominała obóz koncentracyjny, tyle że nie było tam komór gazowych ani krematoriów. Byli za to strażnicy, którzy otaczali ją ze wszystkich stron i strzelali do więźniów z dział. Tekst ukazał się w miesięczniku "Więź", w numerze z lipca 2005 roku. Nie wszyscy jesteśmy Srebreniczanami11 lipca 1995 roku Serbowie zajęli Srebrenicę - bezpieczną strefę dla muzułmańskiej ludności Bośni. Był to czwarty rok wojny i oblężenia. Enklawa obejmowała (oprócz miasta Srebrenicy) osadę Potocari i kilkanaście wiosek. Schroniły się tam tysiące uchodźców. Wprawdzie enklawa była bezbronna i otoczona przez artylerię wroga, ale stacjonował tam kontyngent sił pokojowych. Poza tym ONZ gwarantowała jej obronę; na atak oblegających samoloty NATO miały odpowiedzieć zdecydowanym uderzeniem. Takie były plany. Życie w oblężeniuWarunki życia były bardzo trudne. Pisze o tym Wojciech Tochman, opierając się m.in. na raporcie Tadeusza Mazowieckiego z 5 maja 1993 roku: "Każdego dnia, przez trzy lata, do tutejszego szpitala przyjmowano około trzydziestu rannych. W szpitalu pracował jeden chirurg. Amputował nogi i ręce [...] brzytwą i sierpem. Nie było środków znieczulających, [...] antybiotyków. Przez trzy lata (...] umierało średnio po pięć osób dziennie. Ale bywały i takie dni, kiedy konało dwudziestu (nie liczymy tu zabitych od razu). Ludzie nie mieli środków czystości, lekarstw, soli. Jedli trawę, korzenie, kwiaty leszczyny i chleb pieczony z mielonych kolb kukurydzy. Taki chleb jest ciężko strawny, wywołuje silne bóle. Pod koniec jedli to, co NATO zrzuciło im z samolotów. Ale jedzenia z nieba było za mało, więc kiedy spadało, głodni ludzie wyciągali noże i o jedzenie walczyli". Tadeusz Mazowiecki cytuje relację doktora Simona Mardel z WHO, który w marcu 1993 roku dotarł do Srebrenicy i stwierdził, że warunki były "odrażające w sposób nie dający się opisać". Ciasnota (liczba mieszkańców zwiększyła się kilkakrotnie) utrudniała udzielanie pomocy. Mazowiecki podaje, że "Wiele osób musiało spać w półmetrowym śniegu i temperaturach dochodzących do -15st.C". Niemiecki dziennikarz Wolf Schneider informuje natomiast, że wysiedleńcy gnieździli się w piwnicach, szopach i garażach lub w mieszkaniach, z których uciekli Serbowie. Upadek6 lipca 1995 roku rozpoczęto systematyczny ostrzał Srebrenicy. Dowódca holenderskiego batalionu ONZ - podpułkownik Karremans kilkakrotnie żądał wsparcia z powietrza. Bezskutecznie. 4 samoloty NATO zaatakowały dopiero 11 lipca, gdy Serbowie byli w mieście. Uszkodziły dwa czołgi, ale to nie miało już znaczenia. Wywołało natomiast wściekłość serbskiego dowódcy - generała Ratko Mladicia, który zagroził, że - w razie dalszych ataków - zlikwiduje wziętych do niewoli trzydziestu żołnierzy ONZ. W nocy z 10 na 11 lipca większość zdolnych do walki mężczyzn rozpoczęła ucieczkę ze Srebrenicy. Reszta ludzi rano 11 lipca podjęła próbę dostania się do bazy żołnierzy ONZ w Potocari. Tak opisuje ją Wolf Schneider: "Do każdego z holenderskich transporterów [...] usiłuje się dostać setka ludzi - choć pojazdy są przystosowane do przewozu 20 osób. Ludzie wdrapują się na dach, stają na zderzakach, czepiają się zewnętrznych lusterek. Jest możliwe, że żywi lub martwi uchodźcy zostali wtedy przejechani" - stwierdzi później oficjalny raport z Hagi. Błękitne Hełmy [...] zeznają, że wiele razy dało się odczuć wstrząs, jak od uderzenia w miękką przeszkodę. Świadkowie utrzymują jednak, że kierowcy transportowców w panice torowali sobie drogę przez tłum blokujący jazdę i przejeżdżali po uciekających. Do ruiny fabryki akumulatorów w Potocari [...] Błękitne Hełmy [...] wpuszczają ok. 4 tys. uchodźców [...]. Tysiące przerażonych ludzi [...] błąkają się po okolicy. Nadciągają Serbowie w sile 1500 ludzi, z czołgami i artylerią i otaczają teren fabryki. Nikt nie stawia oporu. Ktoś, kto nosi mundur wojsk ONZ, może być również żołnierzem serbskim, gdyż Serbowie rozebrali dziesiątki Błękitnych Hełmów. Przebrani, wywabiają uchodźców z ich kryjówek. [...]12 lipca 1995. Większość spośród 25 tys. Bośniaków obozuje w barakach, dręczy ich strach, głód, pragnienie i brud. Około połowy dnia serbscy żołnierze z wilczurami na smyczy kontrolują obozujących, wyławiają wszystkich mężczyzn od 16 do 60 lat [...] Ok. 15.00 do Potocari zajeżdża 60 autokarów i ciężarówek, by ewakuować kobiety, starców i dzieci. [...] Serbowie [...] pędzą ich do autokarów jak bydło - jak relacjonuje niemiecka pielęgniarka Christine Schmitz. [...] Wywózka przebiega z niewiarygodną szybkością, zauważa [...]. Autokary w pośpiechu podjeżdżają i ruszają w drogę, w ciągu 28 godzin "etniczne czyszczenie" zostaje radykalnie przeprowadzone, "z chorobliwą perfekcją" - jak mówi akt oskarżenia przeciw Mladiciowi w Hadze. Polski dziennikarz Dawid Warszawski (Konstanty Gebert) opisuje koszmar podróży pod serbskim nadzorem, na podstawie relacji jednej z kobiet: "Do Konjevic Polje było spokojnie - mówi Jasmina. Ale gdy wjechaliśmy do miasteczka, serbski kierowca zwolnił. ""Szukajcie swoich!" - krzyknął [...]. Wzdłuż ścian domów stali półnadzy mężczyźni z rękami na karku. Policzki i dłonie mieli pocięte nożami, z nieopatrzonych ran ciekła krew. [...] Nikogo nie rozpoznałam - mówi Jasmina [...]. Jadący przed nimi autobus, także wyładowany uchodźcami, nagle skręcił. Serbski kierowca wyskoczył z szoferki. Autobus przechylił się i padł na bok. Po chwili ranni zaczęli wydostawać się z przewróconego pojazdu. Wtedy serbskie kobiety i dzieci rzuciły się ku nim z kamieniami. Nie wiem co było dalej, minęliśmy autobus [...]. Tuż za Konjevic Polje [...] kierowca zatrzymał ciężarówkę. Dwóch serbskich żołnierzy wskoczyło do środka. Krzyczeli: "Dawajcie pieniądze albo zabijemy dzieci!" Kobiety się ociągały. Tobołki, które udało im się zabrać w pośpiechu, to było wszystko co miały. Wtedy jeden z Serbów złapał chłopczyka, którego trzymałam na kolanach. Uniósł go za ramię jedną ręką. Drugą naciął mu gardło. Trysnęła krew. Żołnierz wrzasnął: "Dajecie czy mam ciąć dalej?!" Dały wszystko. Serbowie jeszcze dla pewności je zrewidowali i pozwolili jechać. Potem była Kravica. [...] Na polu, może 20 metrów od szosy, leżał w kałuży krwi ludzki kadłub. Nad nim stał serbski żołnierz. Pod pachami trzymał odrąbane ręce i nogi. Jasmina Begović widziała to dokładnie, ciężarówka jechała wolno. [...] Potem trzeba było jeszcze przejść piechotą 6 kilometrów przez strefę frontu". W tym samym czasie Serbowie zaczynają wyłapywać mężczyzn, którzy przez lasy próbowali dostać się na terytorium pod kontrolą bośniackiego rządu. Wielu poddaje się, inni giną. Niektórzy rozrywają się granatami, by nie wpaść w ręce wroga. Schwytanych żołnierze zapędzają do szkół i magazynów w Bratunacu nieopodal Srebrenicy. "Większość więźniów - pisze dalej Wolf Schneider - wywozi się następnie ciężarówkami w pole - niektórym przewiązuje się oczy, inni otrzymują rozkaz: głowa między kolana! Na polu wyciąga się ich [...], ustawia grupami lub w szeregu i rozstrzeliwuje. Potem [...] pojawia się Ratko Mladić i chwali morderców. Nadjeżdżają koparki, wykopują doły lub zasypują jeszcze żywych tonami ziemi, bądź też zgarniają trupy na ciężarówki, by je pochować w masowym grobie. Potem przychodzą spychacze i wyrównują teren". Co na to świat?Światowi przywódcy nie zamierzali ratować Srebrenicy. Wolf Schneider podkreśla, że zależało im, aby enklawy we wschodniej Bośni padły, bo to ułatwiało zawarcie pokoju. Prośba Karremansa o naloty, skierowana do zwierzchników w Tuzli, nie została nawet przekazana do Zagrzebia. Podobno wysłano ją na niewłaściwym formularzu. Sam Karremans postąpił dokładnie tak, jak od niego oczekiwano. Po zdobyciu Srebrenicy, Mladić zaprosił go do hotelowego pokoju, wręczył kieliszek z jakimś napojem (Karremans twierdził, że była to tylko woda) i wzniósł toast na cześć serbskiego zwycięstwa. Scena została sfilmowana. Karremans tłumaczył się, że chciał wkraść się w łaski Mladicia, by pomóc ofiarom. Nikomu jednak nie pomógł, nikogo nie uratował. Schneider cytuje jeszcze dwie wypowiedzi Karremansa. 23 lipca do Zagrzebia przylecieli premier i następca holenderskiego tronu, wraz z wojskową orkiestrą, by fetować bohaterskich żołnierzy, mimo że władze wiedziały już o zbrodniach. W dzień później, na spotkaniu z prasą Karremans "wyraził uznanie Serbom za "znakomicie zaplanowaną operację wojskową", w ramach której "bardzo zręcznie wymanewrowali batalion holenderski". W rok później, przed Trybunałem w Hadze, podpułkownik dostał kolejną szansę, by przyznać się do błędów. "Trzej sędziowie chcieli wiedzieć, czy Karremans podczas rozmów z Mladiciem pytał o los tysiąca odłączonych od rodzin mężczyzn. [...] Holendrzy nie mogli stawić zbrojnego oporu Serbom, ale nie mieli prawa wydać cywilów, którzy schronili się w ich bazie. W rozmowie ze mną Konstanty Gebert podkreślił, że przyjechali do Bośni jako ochotnicy, z misją obrony cywilów. Wydanie bezbronnych jest zdradą i hańbą, której nie można usprawiedliwić. Czy istotnie misją sił pokojowych była obrona cywilów? Czy tak rozumieli ją ci, którzy ich tam wysłali, skoro ich mandat przewidywał użycie przemocy tylko w obronie własnej? Dowódca sił ONZ stwierdził w instrukcji z 29 maja 1995 roku: "Bezpieczeństwo personelu ONZ jest ważniejsze od wykonania zadania". Żołnierzy ONZ wysłano zatem do Bośni po to, aby trzeba było ich bronić? Tragiczny cynizm wydarzeń z lipca 1995 - w pół wieku po zakończeniu II wojny światowej nie polega na tym, że przez wszystkie te lata politycy, intelektualiści i kto tylko mógł solennie zapewniali, iż coś takiego "nigdy nie może się powtórzyć". Ważne jest, że to wszystko nie musiało się wydarzyć. Srebrenicę bez trudu można było obronić. Nie chodzi o współczucie biednym ludziom, na które zazwyczaj nie stać przywódców. Wystarczyło wywiązać się z danych obietnic, wystarczyło własne słowa traktować poważnie. Tak niewiele mogłoby uratować tak wielu. Obóz SrebrenicaŚledząc uroczystości rocznicowe w obozie Auschwitz, myślałam o Srebrenicy. Tu 60, tu 10 - obie okrągłe rocznice. Czy dziwny zbieg okoliczności? W pół wieku po wyzwoleniu Oświęcimia, w wolnej, sytej Europie, wydarzyła się tragedia Srebrenicy. Srebrenica przypominała obóz koncentracyjny, tyle że nie było tam komór gazowych ani krematoriów. Byli za to strażnicy, którzy otaczali ją ze wszystkich stron i strzelali do więźniów z dział. Nie zamierzam porównywać Srebrenicy i Auschwitz, bo nie ma to sensu; chcę tylko wspomnieć o jednej różnicy - inaczej wyglądało wyzwolenie. Ale holenderscy żołnierze widzą i tu podobieństwo. Z raportu Ministerstwa Obrony opublikowanego w Hadze wynika, iż Serbowie - w ich opinii - byli przede wszystkim wyzwolicielami. Być może. Z pewnością wyzwolili Holendrów od konieczności dalszego sprawowania zbrojnej opieki nad bezbronnymi, w obronie których nie mieli prawa użyć broni. Z takiego wyzwolenia można się tylko cieszyć, choć nie idzie za tym wyzwolenie od odpowiedzialności. Jeśli jednak ludzie pana Karremansa widzą wyzwolenie w szerszym kontekście - mają rację: rzeczywiście - więźniowie opuścili obóz. Czy będzie przesadą stwierdzenie, że życie w miejscu, przypominającym Auschwitz zakończyło się finałem, przypominającym Katyń? Kto pamięta o Srebrenicy?Pytałam ludzi, którzy powinni pamiętać to wydarzenie, z czym kojarzy im się nazwa Srebrenica. Większość nie kojarzy jej z niczym; niektórzy przypominają sobie, że coś strasznego się tam stało, niewielu pamięta o masakrze, nikt spośród zapytanych nie umiał określić daty tego wydarzenia, choćby z dokładnością co do roku. Wojciech Tochman zarzuca nam wybiórczą pamięć. Stwierdził kiedyś, że w rocznicę ataku z 11 września zorganizowano solidarnościowe obchody, z transparentem: "Wszyscy jesteśmy Nowojorczykami". 11 lipca przeszedł natomiast bez echa. Nikt nie zorganizował uroczystości, nikt nie ogłosił: "Wszyscy jesteśmy Srebreniczanami". Różnicowanie ofiar? Ale ktoś przecież pamięta o Srebrenicy?! Nie zapomni o niej z pewnością sam Tochman, który przebywał tam w kilka lat po masakrze, rozmawiał z ocalałymi. Nie zapomni też doktor Mardel, pielęgniarka Christine Schmitz i doktor Ewa Klonowski, która ekshumowała zwłoki tysięcy ofiar, zyskując tym wdzięczność matek i żon zabitych. Nie zapomną przede wszystkim ocalałe kobiety, dzieci, nieliczni mężczyźni. Wojciech Tochman opisuje ich życie 5 lat po traumatycznym doświadczeniu. Ludzie ci nadal żyją tym co stało się pamiętnego lipca. Wciąż o tym myślą i rozmawiają lub milczą, nie mogąc powiedzieć słowa. Czy kiedyś wrócą do życia? Ale o Srebrenicy pamiętają również Serbowie, nawet, jeśli niektórzy będą próbowali wyprzeć to ze swej świadomości, bo przecież życie toczy się dalej, a wojna jest wygrana. Nie zapomną o niej ci, którzy tam mieszkają i z uporem powtarzają, że to serbskie miasto, a także ci, którzy nie chcą tam mieszkać, bo wszystko przypomina im zabitych. Gdy w piątą rocznicę upadku postawiono ofiarom pomnik, a bośniackie kobiety - pod osłoną sił międzynarodowych - przyjechały, by ją uczcić, serbskie władze miasta wystawiły Bośniakom rachunek za zorganizowanie uroczystości. Cynizm nieczułych wrogów czy dowód, że pamięć boli? Ta pamięć ciąży jednak najwyraźniej władzom Republiki Serbskiej w Bośni. W dziewiątą rocznicę masakry nowi przywódcy przeprosili ofiary. Ale nie poszły za tym żadne działania, choćby w postaci przekazania Trybunałowi Karadzicia i Mladicia. Do Hagi pojechał wprawdzie zastępca dowódcy, jednak to tylko zastępca. O Srebrenicy nie zapomną również mordercy, choćby bardzo chcieli. Przykładem jest Drażen Erdemović - szeregowiec, który znalazł się w plutonie egzekucyjnym. Do wyboru miał - jak zeznał - strzelanie do jeńców lub ustawienie się razem z nimi w jednym szeregu. Nikt o nim nie słyszał, nikt by go nie oskarżał. A jednak sam zgłosił się do Trybunału. Nie wytrzymał. Generał Mladić, który osobiście zarządzał czystką i mordem, na pewno również pamięta o Srebrenicy, choćby ze względu na swój udział w czynieniu tego miasta serbskim. Czy żałuje, że nie zabił wszystkich muzułmanów? A podpułkownik Karremans - jak pamięta zdobycie Srebrenicy? Czy nadal widzi w tym wyzwolenie? Kogo? Może kiedyś napisze wspomnienia, może opowie jakiemuś dziennikarzowi, który zrobi z tego świetny materiał. Może. Jak przedstawi swoją rolę? Co powie o Serbach, a co o swych zwierzchnikach i mocodawcach? Czy skrytykuje Radę Bezpieczeństwa, która dała mu mandat nie do wykonania? A światowi przywódcy? Trudno wymagać od nich, żeby pamiętali o Srebrenicy. Tyle tragedii dzieje się na świecie, a oni przecież myślą globalnie. Czy dramat Srebrenicy, którego są pośrednimi autorami, zasługuje w ich mniemaniu na jakieś wyróżnienie? Tylko jeden człowiek zachował się honorowo: to Tadeusz Mazowiecki - Specjalny Sprawozdawca do Spraw Przestrzegania Praw Człowieka w byłej Jugosławii. Jeździł do Bośni, pisał raporty... - bezskutecznie. Nikt na nie nie reagował, nic się nie zmieniało. Po upadku Srebrenicy pojechał jeszcze raz. Zapoznał się z sytuacją, porozmawiał z ludźmi, napisał kolejny raport - bez znaczenia dla swych mocodawców. I miał dosyć hipokryzji, nie chciał dłużej robić nadziei ofiarom, że jego działania mogą zmienić ich los. Zrezygnował. Możliwości miał niewielkie, podobnie jak Karremans, ale postawa jego była zupełnie inna. Do Konstantego Geberta powiedział: "Ja - pod flagą ONZ - nie mogę już udawać, że bronię praw człowieka". I on z pewnością nie zapomni o Srebrenicy, o twarzach i słowach ofiar, które mówiły mu o tym, jak bardzo czuły się oszukane przez gwarantów bezpieczeństwa. Dobrze, że nie chciał dłużej reprezentować oszustów. Konstanty Gebert pojechał do Bośni wraz z Mazowieckim, zaraz po zdobyciu Srebrenicy. Po powrocie z Tuzli, dokąd wywieziono uchodźców, po wysłuchaniu ich opowieści, stwierdził w wywiadzie radiowym: "to co widziałem, przekracza wyobrażalne granice koszmaru i bardzo źle śpię od tego czasu". Zapytałam go jak dziś wspomina tamte wydarzenia. "Pamiętam uczucie furii i hańby: furii, bo Srebrenica naprawdę nie musiała paść i hańby, ponieważ - jako członek ONZ - byliśmy współodpowiedzialni za decyzję, żeby nic nie robić. Najbardziej utkwiła mi w pamięci wypowiedź Jasushi Akashiego, który - na wieść o upadku Srebrenicy - powiedział: "Ubolewamy nad upadkiem Srebrenicy i nad mającym nastąpić upadkiem Żepy". Żepa była drugą enklawą, która jeszcze się broniła; Akashi już ją pogrzebał. Trudno mi było sobie wyobrazić, że osiągniemy taki poziom hańby, zdrady wobec ludzi, którzy zaufali ONZ-owskiej fladze i bezsilności wobec bezkarności kilku tysięcy bandytów. To tkwi jak zadra. Moje zaufanie do tego, że można polegać na cywilizowanych strukturach cywilizowanego świata zostało nieodwołalnie naruszone. Wniosek z moich pobytów w Bośni? Chciałbym, aby moje dzieci nauczyły się strzelać. Tak. śpię lepiej - człowiek musi spać, ale nie śnią mi się przyjemne sny". I ja pamiętam zdobycie Srebrenicy. Tego dnia wróciłam z wczasów. Zmęczona usiadłam w wygodnym fotelu, włączyłam telewizor, by obejrzeć wieczorne wiadomości. "Mimo ataków samolotów NATO, bośniaccy Serbowie zajęli Srebrenicę" - usłyszałam pierwszą informację w serwisie, która spadła na mnie jak grom. Srebrenicę? Jak to? Los mieszkańców Bośni poruszał mnie od początku wojny. Z wielką uwagą śledziłam doniesienia z frontu walk, ale nie słyszałam nic o ostrzale Srebrenicy. Sarajewo, Gorażde - tu ostrzał trwał prawie nieustannie. Ale Srebrenica? Od 1993 roku, gdy ją zdemilitaryzowano i ogłoszono bezpieczną strefą, media niemal całkowicie milczały na jej temat. Nie mówiono nic ani o warunkach życia w mieście, ani o ostrzale, który nadal trwał. A tu nagle... Fotel stał się mniej wygodny, odczułam żal i niepokój. A te gwarancje bezpieczeństwa - większe, niż Polsce dawało wtedy Partnerstwo dla Pokoju - co z nimi? Jeszcze nie wiedziałam o zbrodniach, to wszystko stało się później. Nie zapomnę jednak nigdy tej chwili, gdy odczułam, że wygodny fotel i zachodnia cywilizacja nie gwarantują mi bezpieczeństwa. Katarzyna Szczepanek |