Na zachodzie ludzie myślą, że aby głodni przestali być głodni, trzeba ich po prostu nakarmić, czyli dać im miskę ryżu. To w sumie nie byłoby trudne, jest przecież tyle żywności, że bez trudu można by wyżywić wszystkich. A jednak nie w tym tkwi problem.
Tekst jest relacją z wykładu, który odbył się w trakcie VIII Festiwalu Nauki w Warszawie, na wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego, 20 września 2004 roku. Tytuł wykładu: "Problem głodu i ubóstwa we współczesnym świecie - czym jest spowodowany, kogo dotyczy i czy może być rozwiązany?" Prelegent - profesor Jerzy Wilk. Tekst nie jest suchą relacją reporterską, lecz zawiera moje przemyślenia, łączące się jednak ściśle z treścią wykładu. Ukazał się w nieistniejącym już internetowym dzienniku informacyjnym "Super-Nowa".
W demokracji nie ma głodu
Wykład na temat głodu i ubóstwa na świecie. Choć słuchacze przybyli dość licznie, czuć kameralną atmosferę. Prelegent - profesor Jerzy Wilk z wydziału ekonomii - nie używa mikrofonu. Towarzyszy mu koleżanka ze stopniem doktora. Po słuchających widać, że na ten wykład przywiodło ich prawdziwe zainteresowanie; było wszak tyle innych konkurencyjnych spotkań.
Prelegent - choć ekonomista - mówi zrozumiale, po ludzku, przyjemnie się go słucha. tłumaczy jaka jest różnica między ubóstwem a niedożywieniem i głodem. Ubogiego nie stać na dobra luksusowe, często żyje na pograniczu minimum socjalnego, czyli w warunkach, w których jest w stanie zapłacić za czynsz, kupić jedzenie, ubrać się, przeżyć. Ale ubogi nie głoduje. Głód i niedożywienie to co innego: ludzie żyjący w takich warunkach nie myślą o luksusach, walczą o to, żeby utrzymać się przy życiu.
Liczba ludzi znajdujących się w sytuacji permanentnego głodu lub niedożywienia - mówi profesor - wynosi w tej chwili osiemset milionów. Optymistyczne jest to, że ta liczba maleje. Zastanawiam się co znaczy owe osiemset milionów, które na szczęście maleje. Czy jest z czego się cieszyć? Ilu ludzi, którzy teoretycznie powinni umrzeć z głodu, musi nie umrzeć, żeby statystyka zaobserwowała tendencję malejącą? Liczba osiemset milionów brzmi dość abstrakcyjnie. Nie chcę jej tak odbierać; to dwadzieścia razy tyle ilu mieszkańców ma Polska, myślę. Dwadzieścia razy tyle! Ale czy czterdzieści milionów Polaków też nie brzmi abstrakcyjnie, podobnie jak abstrakcyjnie brzmi lista ofiar kolejnych wojen? Liczby mają w sobie coś strasznego, ową suchość, która znieczula lub przytłacza. Ale dobrze, że są podawane, trzeba się nad nimi zastanowić, żeby poczuć ich ciężar, żeby liczbę oswoić, ukonkretnić, żeby w ośmiuset milionach zobaczyć jedno życie.
W trakcie wykładu nie ma jednak czasu na przemyślenia, w ekonomii liczą się suche fakty. Choć zmniejsza się liczba głodujących, zwiększa się ilość ludzi żyjących w ubóstwie - mówi dalej profesor. W Stanach Zjednoczonych ubodzy to ludzie, których dochód wynosi poniżej szesnaście tysięcy dolarów na osobę. Można by powiedzieć, że to sporo - zastanawia się mówca. Mam podobne odczucia: wszystko zależy od tego co uzna się za ubóstwo - czego brak; w Bogatych Stanach ci ubodzy zapewne mają się całkiem nieźle - myślę. Okazuje się jednak - tak wnioskuję z słów wykładowcy - że nawet i w Stanach są ludzie naprawdę biedni. Ale szesnaście tysięcy, to jednak szesnaście tysięcy - nadal dużo. Gdzie indziej ludzie muszą przeżyć za dolara dziennie - kontynuuje prelegent. Tyle że dolar to też nie wszędzie to samo: co innego można kupić za dolara w USA, co innego w Afryce. I znów wszystko nie jest takie proste; kolejny raz magia liczb pokazuje zarazem ich względność, jeśli porównać je z innymi liczbami.
Obecnie największym problemem jest marginalizacja i wykluczenie wielu milionów ludzi, którzy nie głodują, ale nie biorą również udziału w ogólnoświatowej wymianie dóbr, żyją niejako poza nawiasem. Dotyczy to całych grup społecznych i całych społeczeństw. Przychodzą mi na myśl nasze media, w których obecnych jest zaledwie kilka czy kilkanaście krajów. Reszta pojawia się co najwyżej przy okazji przewrotu lub śmierci kolejnego dyktatora, który raczył nazwać siebie prezydentem. Czy to też nie jest wykluczenie? I czy my również nie bierzemy w nim udziału, jeśli widzimy świat z perspektywy kilku najbardziej medialnych państw i odnosimy wrażenie, że na nich ten świat się kończy? To tak jak przed odkryciami geograficznymi, tyle że perspektywa ekranu jest inna niż perspektywa bliskiego sąsiedztwa, bo widać w niej nie to co najbliżej, tylko to co komuś wydało się najbardziej atrakcyjne i zechciał nam pokazać. Przywołuję myśli do porządku, bo przecież wykład trwa nadal.
Prelegent stara się nawiązać kontakt z słuchaczami, chce zmobilizować nas do myślenia. Niektórzy zresztą mobilizują się sami, bo co chwilę ktoś przerywa wykładowcy. Mimo że pytania mają być zadawane w drugiej części, co profesor wyraźnie powiedział, co raz ktoś z słuchających wtrąca swoje, poprawia wykładowcę (poprawki okazują się chybione), zadaje pytania, zmienia temat. Denerwuje mnie to, myślę, że innych również, bo profesor - grzeczny i bardzo uprzejmy w stosunku do niesfornych słuchaczy - wdając się z nimi w rozmowę nie może dokończyć rozpoczętego wątku, który akurat wydaje się ciekawy.
Na zachodzie ludzie myślą, że aby głodni przestali być głodni, trzeba ich po prostu nakarmić, czyli dać im miskę ryżu. To w sumie nie byłoby trudne, jest przecież tyle żywności, że bez trudu można by wyżywić wszystkich. A jednak nie w tym tkwi problem.
Co jest główną przyczyną głodu na świecie - pyta mówca. Wszyscy zastanawiają się.
- Niesprawiedliwy handel.
- Dysproporcje między bogatymi a biednymi.
- Eksploatacja bogactw krajów ubogich przez wielkie kompanie.
- Monokultur owy charakter krajów biednych i fakt, że surowce tanieją, a produkty drożeją.
To wszystko prawda - i nie do końca prawda. To fakt, że 368 najbogatszych osób posiada tyle co połowa ludzkości. Największym jednak problemem jest brak demokracji - stwierdza profesor. Ogólne zaskoczenie, ja też jestem zaskoczona. Dziwne - myślę, ale to ciekawa konstatacja, chcę się dowiedzieć więcej, słucham z uwagą.
Tam, gdzie panuje demokracja, gdzie jest wolna prasa i nacisk społeczny, nie ma klęsk głodu, bo ludzie na to nie pozwolą. Czy słyszeli Państwo o jakimś demokratycznym kraju, w którym jest lub był głód?
Indie, Argentyna, Chiny - słuchacze wysilają się bardzo, by znaleźć taki kraj. Okazuje się, że żaden z wymienionych krajów nie pasuje: albo nie było w nim głodu, albo nie było demokracji.
Szansą na wyjście z nędzy dla krajów biednych jest demokracja, sprawne państwo (w przeciwieństwie do miękkiego, gdzie panuje korupcja), instytucje, przestrzeganie prawa, wreszcie możliwości kształcenia, czyli inwestycje w tak zwany kapitał ludzki. Ludzie muszą mieć prawo głosu, muszą mieć możliwość, aby kształcić się i rozwijać. W świecie - stwierdza prelegent - coraz bardziej liczy się nie produkcja towarów, tylko produkcja pomysłów. Towary dziś wyprodukować bardzo łatwo, ale ważniejsze jest to, aby wymyśleć technologię do produkcji tych dóbr. Kto stworzy technologię, czerpie z niej zyski, kto ma pomysł na przykład na własną firmę, ten może przetrwać w dobie masowego bezrobocia. I znów wracamy do punktu wyjścia: nie stworzy technologii człowiek bez wykształcenia, nie założy firmy i nie utrzyma jej na rynku w warunkach trudnej konkurencji ktoś kogo nie nauczono twórczego myślenia, za kogo myślał ktoś inny; człowiek przyzwyczajony do tego, że przez całe lata wykonywał te same proste czynności, służył niemal jako narzędzie do produkcji. Przykłady możemy znaleźć choćby na naszym rodzimym gruncie.
Prelegent cytuje fragment z książki Ryszarda Kapuścińskiego, którego uważa za doskonałego znawcę i analityka sytuacji w krajach tak zwanego trzeciego świata. wspomina również, że w Afryce pewnego rodzaju demokratycznym precedensem była Botswana, gdzie też poziom życia był dużo wyższy. W chwili przeznaczonej do zadawania pytań pytam o Botswanę, proszę, by prelegent powiedział coś więcej o sytuacji w tym kraju. Profesor mówi, że wybrano tam rząd, przestrzegano prawa, napływał szerokim strumieniem kapitał zagraniczny i ludziom żyło się lepiej, ale Botswana otoczona była morzem krajów i ludów, pogrążonych w rzeziach i głodzie. Nie znam historii Botswany, kraj ten znam tylko z nazwy. Cieszę się, że udał się ten eksperyment, to znaczy, że teoria o wyższości demokratycznego państwa się sprawdza. Ale z krótkiej wzmianki profesora wnioskuję, że dobrobyt i demokracja w Botswanie to już przeszłość, skoro używa słowa "było", a nie wyrazu "jest". Widocznie pochłonęło ją otaczające morze. Trudno być wyspą.
Z wykładu wychodzę z zamiarem pogłębiania wiedzy na temat krajów niemedialnych, w tym także z głębokim postanowieniem przeczytania wszystkich książek Kapuścińskiego. Towarzyszą mi zarazem mieszane uczucia. Z jednej strony czuję prawdziwą satysfakcję, że na tym wykładzie dowiedziałam się czegoś nowego. Na pewno nigdy bym nie pomyślała, że to demokracja jest podstawą dobrobytu. Nie jest to powszechny pogląd. Często ludzie chwalą dyktatorskie reżimy, w których co prawda nie przestrzegano prawa, nie było wolnej prasy, ale kraj się rozwijał. Za przykład podawane jest Chile Pinocheta. Nawet w PRL, gdzie chociaż nie było nic w sklepach, to jednak jakoś się żyło, dopóki nie przyszła demokracja - mawiają ci, którzy z nostalgią myślą o czasach tak zwanej komuny. Takie podejście przeciwstawia demokrację, postrzeganą jako anarchia, gdzie wszystko się wali, , dobrej dyktaturze, w której przywódca wprawdzie trzyma ludzi "za mordę", ale państwo idzie do przodu. To dobrze, że prawda jest inna. Stwierdzenie profesora o wyższości demokracji wydaje mi się logiczne. Dodał on wprawdzie, że demokracji towarzyszyć musi sprawne państwo, w którym nie ma korupcji, lecz przestrzegane jest prawo, ale na pierwszym miejscu jest demokracja. Przykładem może być nasz kraj, gdzie co prawda jest mnóstwo afer, ale dzięki wolnej prasie wszyscy o nich wiemy i - choć daleko nam do prawdziwego państwa prawa, to przecież oskarżani o korupcję są sądzeni. A gdyby nie było demokracji, gdyby prasa była kontrolowana, kto zagwarantowałby. że tych afer by nie było?
Wracając jednak myślą do krajów biednych, gdzie głód jest powszechnym zjawiskiem, zastanawiam się, dlaczego tam ciągle nie ma demokracji. Przecież ludzie zdolni są tam do niej tak samo jak wszędzie. Dlaczego wciąż nie ma możliwości, by mogli oni się kształcić, by prawdziwie kierowali własnym państwem i swoim życiem? Nie tłumaczą wszystkiego ciągłe konflikty. Przychodzi mi na myśl gorzka refleksja: czy komuś zależy na tym, żeby tam była demokracja? Czy może są tacy (i to w krajach jak najbardziej demokratycznych), którym wręcz zależy, aby jej tam nie było? Przecież łatwiej dać miskę ryżu i konserwę o przedłużonej gwarancji, których naprodukowano tyle, że nie ma ich kto skonsumować, niż wspierać przemiany demokratyczne. Może przeraża tych, którzy dziś nadają bieg światowemu rozwojowi konkurencja ośmiuset milionów ludzi, których jedynym zmartwieniem w wolnym, demokratycznym społeczeństwie przestałoby być to co będą jutro jedli na śniadanie i czy w ogóle przeżyją dzisiejszą noc?
Katarzyna Szczepanek