Polscy żołnierze, służący w Iraku dostają od 1200 do 2300 dolarów miesięcznie. Czy to jednak dużo, jeżeli na szali kładzie się własne życie?
Tekst ukazał się w nieistniejącym już internetowym dzienniku informacyjnym "Super-Nowa".
W pokojowej Misji
Spotkanie z ciekawymi ludźmi. W kościele Świętej Anny w Warszawie co jakiś czas organizowane jest spotkanie z ciekawym człowiekiem. Opisywane przeze mnie odbyło się 4 listopada 2004 roku. Jego bohaterami byli dwaj uczestnicy polskiej misji pokojowej w Iraku: porucznik Mariusz Kurdubski i ksiądz Piotr Majka. Ksiądz był kapelanem pierwszego kontyngentu Polaków, porucznik - żołnierzem drugiej zmiany. Dziś obaj są w Polsce - ksiądz jest proboszczem wojskowej parafii w Wesołej pod Warszawą.
Zebrani słuchacze są w różnym wieku, ale z pewnością wszystkich interesuje co mają do powiedzenia nasi ludzie, przybyli z irackiej ziemi. Spotkanie się opóźnia, ponieważ ksiądz nie może dojechać. Wszyscy jednak czekamy, bo przecież warto wysłuchać niosących pokój.
Jako pierwszy głos zabrał porucznik. Wyjaśnił nam przyczyny, które skłoniły go do wzięcia udziału w misji. Studiowałem przez 5 lat na Wojskowej Akademii Technicznej na koszt państwa - powiedział - i chciałem sprawdzić swoje umiejętności. W końcu nigdzie żołnierz tak wiele się nie uczy, jak w boju. Niby prawda - pomyślałam, zwłaszcza, że studiował na koszt państwa, więc może i czuł się zobowiązany, aby zgłosić się na ochotnika. Porucznik uzasadniał jednak dalej tezę o wyższości nauki w boju nad wiedzą zdobywaną w warunkach pokojowych:
"Mówi się, że najlepszą armię na świecie ma Izrael. Nic dziwnego, wszak przez lata prowadzi ona wojnę".
W duchu dziękuję Bogu, że nie wszystkie armie świata są tak dobre jak izraelska, bo miały tę niepowtarzalną okazję hartować się w boju. Ale ten dość niefortunny przykład z Izraelem wytknie później panu porucznikowi jeden z słuchaczy.
Mówca tłumaczy dalej powody swojego udziału w misji:
"Krąży w społeczeństwie opinia, że kwestie finansowe były ważne dla polskich żołnierzy. Nie ukrywam, że odgrywały one i w moim przypadku pewną rolę, ale to nie było najważniejsze. Polscy żołnierze, służący w Iraku dostają od 1200 do 2300 dolarów miesięcznie. Czy to jednak dużo, jeżeli na szali kładzie się własne życie?"
Nie wiem czy to dużo, ale zaciekawiło mnie od czego zależy kto dostanie 1200, a kto 2300. Zapytałam po spotkaniu porucznika. Okazało się, że nie jest tu najważniejszy - jak sądziłam - stopień wojskowy, tylko stanowisko, czyli etat, na którym dany żołnierz pracował w Iraku.
Gdy porucznik dalej wykładał powody udziału w polskim kontyngencie (jako ostatni podał fakt, iż chowany był na ideałach i chciał nieść pomoc ludziom), do sali wbiegła kobieta, krzycząc coś głośno i zagłuszając tym mówcę. Nie zrozumiałam nic z jej okrzyków, ale ze zdenerwowanego głosu i reakcji innych ludzi wywnioskowałam, że miał to być protest przeciwko wojnie w Iraku, przeciw udziałowi polskich wojsk czy coś w tym rodzaju. Pani skończyła swoją kwestię, pochwaliła Boga i wyszła. Porucznik mógł kontynuować wypowiedź. Podkreślił, że Polacy nie pojechali do Iraku walczyć, tylko wprowadzać pokój. Pojechali przecież po wojnie. To fakt, że w Iraku ciągle jest dużo walk, ale misja wojsk polskich była i jest pokojowa. Trochę tego nie rozumiem. Polacy - myślę - przybyli przecież jako sojusznicy Amerykanów, a ci nie kryli, że ich sposób wprowadzania pokoju będzie bardziej przypominać wojnę i tak też on wygląda. Doceniam fakt, że Polacy rzeczywiście mogą sądzić, iż biorą udział w misji pokojowej, ale chyba zdają sobie sprawę, że często będą odbierani raczej jako okupanci niż jako niosący pokój. Sprzeczność tę widać w wypowiedzi porucznika. Jak nas odbierają Irakijczycy? Zdaniem mówcy - dobrze. Irakijczycy - mówi oficer - bardzo dobrze kojarzą Amerykanów, Anglików, a także Polaków. Nasi ludzie nie są z nikim myleni. Noszą charakterystyczne mundury, odróżniające ich nawet od innych żołnierzy dywizji międzynarodowej, w skład której wchodzą. No a poza tym Polacy zawsze w Iraku mieli dobrą opinię. Amerykanów Irakijczycy nienawidzą, ale my to co innego. Porucznik opowiada o swojej wizycie w jednej z irackich wiosek, gdzie biedni ludzie i bose dzieci bez trudu identyfikują polskie wojska i witają je z radością. Przypomina mi to trochę romantyczną wizję naszego narodu, jaką zawsze lubiliśmy się karmić: wszyscy nas znają, kochają, przecież my niesiemy zbawienie itd. W głębi serca cieszę się, że w Iraku nas lubią; zawsze to miłe, a poza tym może mniej jesteśmy zagrożeni mimo sojuszu z USA. Coś mi jednak nie pasuje. Po chwili wychodzi na to, że słusznie, ponieważ okazuje się, iż nie wszędzie biedni ludzie witają naszych z otwartymi rękami. Porucznik nie dziwi się tym, którzy nie lubią Polaków. Nie oczekujemy wdzięczności z ich strony - mówi. W końcu jest wojna. Tak, myślę, ale skoro polscy żołnierze mają wprowadzać pokój, to jednak powinni być oczekiwanymi gośćmi, a skoro nie przez wszystkich są mile widziani, a ściślej mówiąc - przez wielu nie są, to czy rzeczywiście kojarzeni są jako wojsko stabilizacyjne? Podobne wątpliwości mieli również inni słuchacze. Jednemu z nich porucznik odpowiedział: "Po powrocie do Polski mój znajomy z WAT-u zapytał mnie, jak czuję się jako okupant. Odpowiedziałem mu, że nie czuję się okupantem, bo nigdy nie spotkałem się z takim traktowaniem". Relacja oficera na temat stosunku Irakijczyków do Polaków jest dla mnie nieco enigmatyczna; w sumie nie wiem czy lubią nas, czy nie - ale to może nie jest wcale takie istotne.
Porucznik zarzuca polskim mediom, że niezbyt dokładnie informują o tym co dzieje się w Iraku. Podaje przykład sporadycznych starć w okolicach, w których stacjonowali polscy żołnierze. W mediach stwierdzono, że toczą się tam ciężkie walki. Ta - wydawać by się mogło - nieścisła informacja - podkreśla oficer - zrobiła wiele szkody. Do bazy Babilon dzwoniły setki ludzi - bliskich żołnierzy, przerażonych, że coś im zagraża. Słusznie - myślę, jeżeli Polaków wysłano na tę wojnę, to dziennikarze powinni bardzo uważać, aby - przez swe niedoinformowanie czy niedokładność warsztatową - nie narażać wielu ludzi, i tak już drżących o swych bliskich w dalekim kraju, na niepotrzebne nerwy i zmartwienia.
Porucznik mówił o trudnej sytuacji w Iraku, o powstaniu, które tam wybuchło, o terrorystach - również z innych krajów, którzy tam znaleźli dobre miejsce do walki (czyżby również chcieli sprawdzić się w boju?). Ze swojego udziału w misji jest jednak zadowolony, Cieszy się, że sprawdził się na polu bitwy i w innych wojennych sytuacjach. Podkreśla, iż Polacy biorą udział w wielu misjach pokojowych na świecie i misja w Iraku jest tylko najbardziej medialną spośród nich. Jako idealista wierzy, że działania naszych wojsk służą i będą służyć pokojowi w tym kraju.
Swoją wypowiedź porucznik zakończył wątkiem osobistym. Czy chciałby jeszcze raz wziąć udział w takiej misji? Gdy wsiadał do samolotu lecącego do Polski, sądził, że tak. Ale kiedy wrócił i dowiedział się, co tu - na miejscu - przeżywali jego bliscy, zaczął się wahać czy chciałby po raz drugi narażać ich na takie cierpienia.
Potem przyszła kolej na wystąpienie księdza. On nie pojechał na ochotnika, nie chciał sprawdzać się w boju (to zresztą nie jego profesja, choć jest wojskowym kapelanem). Tak opowiada o swoim powołaniu do Iraku: "Gdy byłem na parafii, zadzwonił do mnie biskup Głódź i zapytał jak się czuję. Odpowiedziałem, że dobrze. A na to biskup: to świetnie, bo chciałbym, żeby ksiądz pojechał do Iraku z naszymi żołnierzami. Zapytałem czy to konieczne, a on na to, że tak. Zapytałem ile mam czasu na przygotowanie? Biskup odpowiedział: "tydzień". Ksiądz Piotr zrozumiał bojowy rozkaz i stawił się na wezwanie. Mówi, że cieszy się, iż mógł wziąć udział w misji. Był tam przecież bardzo potrzebny. Wielu żołnierzy przychodziło do niego, rozmawiali; modlili się ci, którzy chcieli, ale opieka duszpasterska w takich warunkach jest bardzo ważna. Na pewno dobrze - myślę, że ksiądz był z żołnierzami, przecież w chwili, gdy śmierć jest realnym zagrożeniem, nawet ludzie, którzy zazwyczaj unikają kontaktów z duchownymi, mogą potrzebować wsparcia. Poza tym w obliczu śmierci człowiek zadaje sobie zawsze fundamentalne pytania o życie, a tu słowo kapłana może znaczyć bardzo wiele. Ksiądz nie nosił przy sobie broni. Mówi, że gdy jechał w konwoju, w którym wszyscy byli uzbrojeni, to jeden człowiek bez karabinu naprawdę mógł czuć się bezpiecznie.
W dalszej części swego wystąpienia kapelan mówił o Arabach, że stanowią zlepek różnych plemion i że porozumiewają się dialektami, które często bardzo się różnią. Opowiadał o ich mentalności koczowników, którzy niegdyś wędrowali przez pustynię i odpoczywali w słońcu, a teraz w gorące południe nie lubią pracować, także o tym jak omijają zakazy Koranu - kradzieży i picia alkoholu. Powiedział, że muzułmanie dzielą innych na ludy księgi, do których zaliczają się Żydzi i chrześcijanie, posiadający swe Święte Pisma oraz na pogan, którzy nie są nic warci. Do tych drugich - zdaniem mówcy - muzułmanie zaliczają Amerykanów. Użył w końcu stwierdzenia, że muzułmanie są nietolerancyjni, także wobec chrześcijan, nie tak jak tu - w Europie, gdzie każdy może robić co chce. Nie spodobało mi się to. Nie lubię, gdy ktoś publicznie formułuje takie sądy. Ksiądz - jako osoba prywatna - ma prawo do swoich poglądów, ale nie powinien mówić tego, gdy przemawia do ludzi, zwłaszcza, że ksiądz cieszy się zawsze pewnym autorytetem. Drażnią mnie takie uproszczenia. Czy Polacy są tolerancyjni, skoro inność budzi często niechęć? Czy Unia Europejska jest tolerancyjna, skoro wszyscy komisarze muszą mieć taki sam światopogląd? Czy Amerykanie są tolerancyjni, skoro wydaje im się, że ich model demokracji jest jedynym i najlepszym na świecie i skoro sądzą, że wolność można narzucić siłą? No ale to nie temat spotkania, więc nie czas na dygresje. W wypowiedzi księdza dostrzegłam jednak sprzeczności, które zapewne wynikają z niezbyt głębokiej analizy problemu.
Ksiądz również opowiadał o walkach z powstańcami irackimi. Wspomniał - podobnie jak porucznik - o terrorystach z różnych krajów, którzy pole do działania znaleźli w Iraku. Z jego słów wynikało jednak, że nie jest dla nich najważniejsze to, aby brać udział w walce (na co zawsze - tu czy tam - mają szansę), lecz by znajdować się w miejscu najbardziej medialnym. Jeszcze niedawno główną ich siedzibą był Afganistan, ale kto teraz mówi o Afganistanie, kto o nim pamięta. A Irak jest przecież na ustach wszystkich i ciągle na pierwszych stronach gazet. Trzeba być zatem w centrum, aby osiągnąć cel.
Polski kapelan również jest przeświadczony, że uczestniczył w misji pokojowej. Porucznik uznał, iż dobrze się stało, że Polaków wysłano do Iraku, bo mogli ćwiczyć sprawność bojową. Ksiądz natomiast nie wie czy Polacy rzeczywiście musieli pojechać do Iraku. Wierzy jednak, że skoro tam się znaleźli, to na pewno ich działania będą służyć pokojowi.
W części spotkania, przeznaczonej na pytania, zrobiło się niespokojnie. Rozmowa przybrała ostry charakter. Słuchacze (co już wspomniałam) zarzucali prelegentom, że nie bardzo wiedzą, o czym mówią: że pojechali na wojnę, a nie wprowadzać pokój, że ich wypowiedzi są powierzchowne, że wreszcie wysłanie polskich wojsk do Iraku to najgorsze, co mógł zrobić rząd. Mówcy próbowali się bronić, podkreślając przede wszystkim, że nie interesują ich sprawy polityczne i nie biorą za nie odpowiedzialności. Jeden pojechał przecież tylko jako żołnierz, drugi - jako duszpasterz, mający służyć żołnierzom. No cóż - myślę, ksiądz rzeczywiście nie miał wielkiego wyboru, ale porucznik - zgłaszając się na ochotnika - dał tym samym wyraz swemu poparciu dla wysłania wojsk i chyba nie może uchylać się od odpowiedzialności. Sam zresztą powiedział, że jego zdaniem misja była potrzebna.
Pytania słuchaczy ożywiły dyskusję, która nie była początkowo zbyt pasjonująca. To fakt, że niektórzy zaczęli wygłaszać elaboraty i zachowywali się tak, jakby to oni byli głównymi bohaterami. To jednak rzecz normalna na tego rodzaju spotkaniach, jeżeli brakuje kogoś, kto by powściągnął zapalonych dyskutantów i nakazał im zadanie krótkiego pytania. Chciałam zwrócić uwagę księdzu, że - moim zdaniem - jego wypowiedź o nietolerancyjnych muzułmanach była cokolwiek nie na miejscu. Trudno mi było jednak wcisnąć się między rozdyskutowanych słuchaczy, którzy zamienili się w prelegentów. Poza tym frontalny atak na naszych pokojowych wysłanników sprawił, że nie starałam się - za wszelką cenę - o dopuszczenie mnie do głosu, bo nie zależało mi aż tak bardzo, by otwierać kolejny front walki. I tak szańce obronne były aż nadto kruche, a i obrona ich wyglądała dość nieporadnie. Pomyślałam nawet czy prelegenci nie żałują, iż zgodzili się wystąpić wobec takiego grona. Może nie spodziewali się, że napotkają tylu zajadłych przeciwników, którzy nie docenią ich pokojowego nastawienia i w niczym ich nie oszczędzą. No ale - pomyślałam - porucznik właściwie powinien być zadowolony. Miał wszak kolejną okazję, aby sprawdzić się w boju.
Katarzyna Szczepanek